Diana nawet się nie zdziwiła, gdy Oskar
oznajmił im, że doktor Preisner nie zgodził się na udostępnienie klasy od
fizyki, by mogli dokładnie wszystko przedyskutować. Chłopak twierdził, że to
głównie przez nią, bo ona od niemal miesiąca za każdym razem próbowała wejść do
kantorka, nie przejmując się zdaniem innych. Oczywiście dziewczyna twierdziła,
że kolega ponosił taką samą odpowiedzialność, bo również nieraz podpadł
nauczycielowi.
Dlatego spotkali się po lekcjach na boisku
szkolnym. W październiku już nikt nie miał zajęć na dworze, więc nie musieli
przejmować się, że ktokolwiek ich podsłucha lub zainteresuje się rozmową. Właściwie
to Diana miała wrażenie, że wyglądają trochę jak idioci, gdyż dzień był
wyjątkowo wietrzny i nikt o zdrowych zmysłach nie myślał o tym, by w taką
pogodę przesiadywać na dworze. Na szczęście nie padało, chociaż na niebie
zbierały się ciemne chmury i lada chwila mogło się to zdarzyć.
A na domiar wszystkiego dziewczyna nie
spodziewała się, że tym razem Joasia także dołączy do rozmowy. Co więcej, sprawdziła
plan koleżanki i wiedziała, że lekcje skończyła godzinę wcześniej. Najwyraźniej
musiała specjalnie czekać, jednakże Diana zastanawiała się, kto jej powiedział
o terminie spotkania. Miała tylko nadzieję, że to nie oznaczało, że postanowiła
dołączyć do klubu fizycznego. Pozostawało jej tylko czekanie, by przekonać się
o tym w środę lub zapytanie kogoś. Może Grzesiowi powiedziała lub co bardziej
prawdopodobne, sądząc po ich zachowaniu, Oskarowi.
– Więc o co chodzi z kantorkiem? – zapytała
Diana. Zabrała głos jako pierwsza, widząc, że reszta nie paliła się do
rozpoczęcia rozmowy.
Z niepokojem zerknęła w niebo, mając
nadzieję, że tym razem nie przerwie im deszcz i będzie mogła zadać wszystkie
nurtujące ją pytania.
Oskar przez chwilę milczał, jakby zastanawiał
się nad odpowiedzią. Diana wpatrywała się w niego natarczywie, ignorując
złośliwe spojrzenie Joasi. W pewnym momencie już miała ochotę się odezwać i
ponaglić kolegę.
– Aby podróżować w czasie i przestrzeni
potrzebne są konkretne miejsca – zaczął chłopak, powoli dobierając słowa. – Nie
mógłbym nagle stąd cofnąć się w czasie. Zaplecze jest właśnie takim miejscem,
mówiąc bardziej obrazowo, bramą łączącą ten czas z każdym innym miejscem w
czasie czy przestrzeni.
– Z wyjątkiem Neravi – rzekł Grześ.
– Tak i nie – odparł Oskar.
Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
Diana zmarszczyła brwi, powoli gubiąc się w tym wszystkim. Nie spodziewała się,
że wyjaśnienia Oskara będą łatwe do zrozumienia, w końcu w filmach czy
książkach zazwyczaj podróże w czasie były skomplikowane i zagmatwane.
Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy chłopak przypadkiem nie kręcił i nie
podawał się za kogoś zupełnie innego. Może w rzeczywistości był jakimś złym
charakterem, próbującym zniszczyć Ziemię, a do tego potrzebował jej pomocy.
– Ale przecież sam mówiłeś, że nie możesz
wrócić do domu – powiedziała Joasia, spoglądając badawczo na Oskara.
– Jeżeli teraz nam powiesz, że jednak
możesz, to z tego rezygnuję – oznajmił nagle Grześ, a Dianie serce stanęło w
piersi. Chłopak przecież nie mógł odejść z kółka, bo tak naprawdę tylko w ten
sposób mogli razem spędzić czas. A w obliczu obecnych wydarzeń znacznie więcej
niż w zeszłym roku, gdy spotykali się tylko na godzinnych zajęciach klubu i
czasem na przerwach, kiedy dziewczyna zaczepiła go na korytarzach.
– Mówiłem prawdę, nie mogę wrócić na Neravi
– pospieszył z wyjaśnieniem Oskar, a Diana odetchnęła z ulgą. – Ale to wszystko
jest dużo bardziej skomplikowane. Kantorek nie jest naturalnym przejściem, coś
się tam wydarzyło i nie jestem w stanie kontrolować przestrzeni, a czas jedynie
w drobnych zakresach. Mogę udać się kilkanaście dni w ziemską przeszłość, reszta
pozostaje poza moim zasięgiem.
– Ale jak tamtego dnia weszliśmy do
kantorka, to nic się nie stało – westchnęła zrezygnowana Diana, mając nadzieję,
że wcześniejsze wyjaśnienia w pełni zadowoliły Grzesia i nie będzie już myślał
o tak strasznych rzeczach jak odejście z kółka. – Nigdzie nas nie przeniosło.
– Chyba że trzeba było stanąć na tym
ruszającym się miejscu – wszedł jej w słowo Hornich.
– Doktor Preisner zbadał całą podłogę, więc
wątpię – wtrąciła Joasia.
– Więc w ten sposób dostała się tam ta noga
– dodał nagle Kacper. – To nie była żadna atrapa.
– Czy wy nie możecie zadawać pytań po
kolei? – rzekł Oskar, starał się rozładować atmosferę poprzez żartobliwy ton,
ale niezbyt mu to wyszło. – Na zapleczu bramą jest wszystko – podłoga, ściany,
sufit. Jednakże, jak już mówiłem, z tym wirem coś jest nie tak, czasoprzestrzeń
aktywuje się sama z siebie w dowolnym momencie. Gdybyście wtedy stanęli na tej
ruszającej się podłodze, zapewne wciągnęłoby was i wyrzuciło gdzieś w czasie i
przestrzeni. Może w przeszłości, może w przyszłości albo na zupełnie innej
planecie.
– Niesamowite – szepnęła zachwycona Diana.
– Czyli każdy może w ten sposób podróżować?
– Tak, ale w twoim przypadku byłaby to
podróż w jedną stronę, bo nie wiedziałabyś, jak wrócić. Sądzę, że właśnie to
stało się z panią Kleszczykowską. Weszła na zaplecze w momencie, gdy brama się
aktywowała i została gdzieś wciągnięta. I właśnie tak dostała się tu ta noga –
zwrócił się do Kacpra. – Dlatego chciałem to zabrać, by nie dopuścić, aby ktoś
dowiedział się, co tu się dzieje. Gdyby przebadano te kości, mogłoby się
okazać, że pochodzą z zupełnie innej planety, są inaczej zbudowane niż wasze i
wtedy dopiero zaczęłoby się dziać.
– Ale w ten sposób może tu wyrzucić
wszystko, nawet obcych – stwierdziła Joasia.
– Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo
mogłoby się to źle skończyć. Ziemianie mogą podróżować na księżyc, ewentualnie
planować wylot na Marsa, ale to, co znajduje się za Układem Słonecznym, na
zawsze pozostanie poza zasięgiem. Nigdy nie uda się im opanować czasu i
przestrzeni, nigdy nie nagną ich do swojej woli.
– Skąd wiesz? – zainteresował się Kacper.
– Ponieważ na Neravi czytałem trochę o
przyszłości Ziemi.
– Było coś o mnie? – zapytała od razu
Diana, ignorując skierowane w nią spojrzenia Joasi i Grzesia. Koleżanka z
politowaniem pokręciła głową, ale się nie odezwała. Dziewczyna chciała
powiedzieć jej coś niemiłego, ale w porę zabrał głos Oskar:
– O przyszłości planety, nie konkretnych
osób. Na dodatek takiej, w której już od dawna nie żyjesz.
– Zawsze istnieje szansa, że zapiszę się w
historii – rzekła z dumą.
– Śnij dalej – prychnęła Joasia.
– Skąd wiesz, kiedy brama się otwiera? –
zapytał Grześ, udaremniając dalszą kłótnię dziewczynom. – Gdy pierwszy raz się
spotkaliśmy, idealnie zgrałeś się w czasie.
Oskar wziął do ręki swój plecak, który
wcześniej rzucił na ziemię obok ławki. Przez chwilę zawzięcie czegoś w nim
szukał. Diana uważnie obserwowała jego ruchy, zastanawiając się, co takiego
może się w nim znajdować. Czyżby jakieś
arcyinteresujące kosmiczne urządzenie?, przemknęło jej przez myśl. Jednakże
gdy chłopak wyjął metalowe pudełeczko, nie większe niż telefon komórkowy,
poczuła olbrzymie rozczarowanie. Dopiero później zorientowała się, że musiało
to być to samo coś, co ukrywał, gdy widzieli się po raz pierwszy.
– To igbe – powiedział pokazując urządzenie
licealistom.
Diana zorientowała się, że jej wcześniejsze
porównanie do telefonu komórkowego nie było takie głupie. Na górnej ściance
prostopadłościanu znajdował się wyświetlacz, natomiast na przedniej kilka
nieoznaczonych guzików i dwa okrągłe pokrętła. Najbardziej jednak zdziwiła ją to,
że antenę lub coś, co wyglądało jak ona, umieszczono po lewej stronie
urządzenia.
– Dziwne miejsce na antenę – rzekł Kacper,
wyrażając jej przypuszczenia na głos.
Joasia i Grześ automatycznie spojrzeli na
niego, przez co chłopak się speszył, a na jego policzkach pojawiły się lekkie
rumieńce. Najwyraźniej nie spodziewał się, że ten komentarz kogokolwiek
zainteresuje lub wypowiedział go od niechcenia, w ogóle nie zdając sobie sprawy,
że mówił na głos.
– Jest wykonana z elastycznego materiału i
można ją wyginać we wszystkie strony – odpowiedział Oskar. – Ale wracając do
wcześniejszego pytania, to dzięki igbe mogę namierzyć aktywną czasoprzestrzeń.
Na dodatek to urządzenie pozwala w pewnym stopniu ją kontrolować, w każdym
razie w przypadkach, gdy wszystko działa poprawnie. Podając odpowiednie
współrzędne, mogę wybrać miejsce, w którym chciałbym się znaleźć i w
dziewięćdziesięciu na sto przypadków mam pewność, że bezpiecznie dotrę do celu.
– A z tymi dziesięcioma co się dzieje? –
spytała Joasia, a Diana zastanawiała się, po co koleżanka w ogóle pytała o
takie rzeczy. Ona wolałaby nie wiedzieć, jaki spotyka los tych, którzy
napotkają na problemy.
– Szczerze, to nie wiadomo – rzekł Oskar. –
Nigdy nie powracają i wszelkie nawiązanie kontaktu staje się niemożliwe. Kto
wie, czy właśnie teraz sam nie znalazłem się w takim położeniu.
– To na pewno nie jest taki przypadek –
oznajmiła twardo Joasia.
Oskar uśmiechnął się do niej nieznacznie,
ale nic nie powiedział. Dianie zrobiło się żal chłopaka, z chęcią sama
podniosłaby go jakoś na duchu, ale nie miała pojęcia, co mogłaby zrobić.
Wszystkie pomysły w jednej chwili wydały jej się nieadekwatne do sytuacji.
Przez dłuższą chwilę licealiści milczeli,
podczas gdy chmury nad ich głowami zaczynały gęstnieć. Opady deszczu zdawały
się w tej sytuacji nieuniknione. Diana chyba po raz pierwszy wahała się przed
zabraniem głosu. W innych okolicznościach w ogóle nie przejmowałaby się
uczuciami innych, ale teraz nie wiedziała, czy jej prośba w jakiś sposób nie
zrani Oskara. A po tym, czego się dowiedziała, nie chciała przysparzać mu
więcej cierpień. Jednak z drugiej strony perspektywa przygody zdawała się
przechylać szalę.
Jakby od niechcenia zerknęła w stronę
ulicy. Większy ruch panował tu jedynie w godzinach, w których zaczynały się lub
kończyły lekcje, z czego największy rano. Po chwili dostrzegła jadącego powoli
starego, czarnego golfa. Nagle samochód zrobił coś dziwnego, koła gwałtownie
skręciły w prawo i pojazd wjechał na chodnik. Na szczęście kierowca w porę
oprzytomniał i nie skończyło się to zderzeniem z ogrodzeniem otaczającym
szkołę, jednakże nie był w stanie uchronić się przed zahaczeniem o rosnące przy
drodze krzaki.
Diana mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem,
zastanawiając, co strzeliło do głowy doktorowi Preisnerowi, że jeździł w taki
sposób. Czy to ich widok mógł w taki sposób na niego wpłynąć? Doszła do
wniosku, że zapewne teraz mężczyzna będzie zaprzątać sobie głowę, w jakim celu
prosili go o udostępnienie klasy fizycznej i o czym teraz rozmawiali. Właściwie
nawet mu się nie dziwiła, wbrew własnej woli, tak jak oni, stał się świadkiem
tych wszystkich wydarzeń, a wręcz ich częścią.
– W takim razie, co się dzieje, gdy
próbujesz podać współrzędne Neravi? – odezwał się Grześ, przerywając ciszę i
wyrywając Dianę z rozmyśleń na temat nauczyciela.
– Nie mogę tego zrobić. Gdy czasoprzestrzeń
się uaktywnia, na igbe pojawiają się współrzędne miejsca, do którego prowadzi
brama. Nie mam możliwości, by je zmienić. Wiele razy próbowałem, ale nic z tego
nie wyszło – wyznał z westchnieniem żalu Oskar.
– W takim razie musisz wejść w wir do
jakiegoś losowego miejsca, może tam uda ci się znaleźć wskazówki lub ktoś
będzie w stanie odesłać cię na Neravi – oznajmiła z ożywieniem Diana, odrywając
wzrok od znikającego powoli z pola widzenia samochodu. W duchu już gratulowała
sobie sprytu, że udało jej się poruszyć najbardziej interesującą ją kwestię w
tak łagodny sposób.
– Łatwo powiedzieć, ale gorzej z
realizacją. Podróż przez czasoprzestrzeń to nie wycieczka do innego miasta. Co
więcej, nie znam współrzędnych wszystkich miejsc i nie będę wiedział, jak
uniknąć tych, w których nigdy nie chciałbym się znaleźć. A na dodatek brama
uaktywnia się bez wcześniejszego ostrzeżenia, nie dostanę się do niej w trakcie
zajęć, bo w klasie będzie doktor Preisner i mogę się założyć, że później
postara się, by salę albo chociażby sam kantorek zamknięto na klucz. Wątpię,
bym nawet w nocy był w stanie się tam wejść.
– Dla chcącego nic trudnego – nie dawała za
wygraną Diana.
– Zakładam, że pewnie sama chciałabyś się
wybrać w taką podróż – powiedział Oskar, uważnie przyglądając się dziewczynie.
– A dziwisz się, to perspektywa przygody, o
jakiej nawet nam się nie śniło. Zresztą, obiecaliśmy, że ci pomożemy, więc nie
możesz się dziwić. Co możemy zrobić, bezczynnie siedząc tutaj? – zawzięcie
broniła swoich racji Diana. – Co więcej, jestem w stanie zdobyć klucz do sali
fizycznej – zakończyła twardo, chcąc by te słowa zrobiły olbrzymie wrażenie na
słuchaczach.
I nie pomyliła się, co bardzo jej się
spodobało. Wszyscy patrzyli na dziewczynę z niedowierzaniem, jakby nie byli w
stanie pojąć tego, co im powiedziała. Diana uśmiechnęła się szeroko, czekając
na decyzję Oskara. Jednakże w duchu wiedziała, że dostanie to, czego chciała.
Wątpiła, by kolega zrezygnował z jakiejkolwiek szansy na dostanie się do domu,
skoro tak bardzo mu na tym zależało.
– Jak niby chcesz to zrobić? – zapytała
Joasia, nie mogąc się dłużej powstrzymywać.
– To już moja sprawa, nie mam zamiaru tego
zdradzać – oznajmiła wyniośle, mając nadzieję, że koleżance w pięty poszło.
– Zgoda, jeśli chcecie iść, to was zabiorę.
Dla mnie nie stanowi to problemu. Oczywiście, najpierw musimy znaleźć sposób,
by dostać się do kantorka.
– Możecie na mnie liczyć! – zawołała
entuzjastycznie Diana, mając nadzieję, że pospiesznie obmyślony plan zadziała i
uda jej się zdobyć klucze. – Cholera… – mruknęła, gdy poczuła pierwsze krople
deszczu spadające na nos.
– Chyba najwyższa pora się zbierać –
stwierdził Oskar. – Bo nie mam ochoty zmoknąć.
– Ciocia ma po mnie przyjechać i odwieźć do
domu. Jeśli chcesz, możemy cię podrzucić – zaproponowała szybko Joasia,
uśmiechając się serdecznie w stronę chłopaka.
Diana miała ochotę sprawić, by mina jej
zrzedła, ale się powstrzymała. Mogła się domyślić, że koleżanka jej nie
zaproponuje podwiezienia. Żałowała, że doktor Preisner teraz nie zaczął niszczyć
rosnących w pobliżu krzaków, bo może podrzuciłby ją kawałek, gdyby go
poprosiła, szczególnie że deszcz zaczynał padać coraz mocniej i coś jej
podpowiadało, że niebawem może zmienić się w ulewę.
– Podrzuciłbym cię, ale jeszcze mam trening
koszykówki – zwrócił się Grześ do dziewczyny, widząc jej zmartwiony wyraz
twarzy.
– Szybko pobiegnę na przystanek, z cukru
nie jestem, to się nie roztopię. Najwyżej przeziębienie złapię – mruknęła pod
nosem ostatnie zdanie. Jednakże starała się zachować opanowany wyraz twarzy.
– Ja mam parasol, to mogę cię odprowadzić –
zaproponował nieśmiało Kacper.
Diana pod wpływem impulsu miała ochotę
rzucić mu się na szyję i ucałować. Na szczęście w porę się powstrzymała. Przede
wszystkim Kacper to nie Grześ. A po drugie nie chciała robić scen, które
później komentowałaby Joasia przy każdej nadarzającej się okazji. Na dodatek te
okazje mogłyby zdarzać się naprawdę często, jeśli dziewczyna dołączy do klubu
fizycznego.
Licealiści pożegnali się i rozdzielili na
dwie grupy. Joasia, Grześ i Oskar pospiesznie wrócili do szkoły, a Diana i
Kacper udali się w stronę przystanku autobusowego. Dziewczyna po raz pierwszy
cieszyła się, że kolega jest wysoki, wcześniej jej to wyjątkowo przeszkadzało,
gdyż podczas rozmowy musiała zadzierać głowę wysoko do góry. Teraz przynajmniej
nie musiała obawiać się, że zostanie dźgnięta czubkiem parasola w czoło.
W pewnym momencie chwyciła chłopaka pod
ramię, by było im wygodniej iść pod niewielkim parasolem. Nie spodziewała się,
że przez to na policzkach Kacpra pojawią się szkarłatne rumieńce. Uznała, że
lepiej będzie tego nie komentować i udawać, że w ogóle nic nie zauważyła. W
końcu nie była Joasią, która musiała wytknąć każdemu nawet niewielkie
potknięcie.
– Nie wydaje ci się, że Oskar jakoś za
łatwo się zgodził, byśmy z nim poszli? – zagadnęła.
Chłopak przez dłuższą chwilę spoglądał na
nią, nic nie mówiąc. Diana nieco się speszyła i nie wiedziała, co ma zrobić. Co
więcej, zdarzyło jej się to już po raz drugi dzisiejszego dnia, a to wcale jej
się nie podobało.
– Wszystko w porządku? Mam coś na nosie? –
odezwała się, by przerwać ciszę zakłócaną jedynie bębnieniem kropel deszczu o
parasol.
– Tak, to znaczy nie… Właściwe… Ja…
zamyśliłem się – wyjąkał. – A wracając do twojego wcześniejszego pytania, to
nie sądziłem, że Oskar w ogóle się zgodzi. Wiesz, może nam się tylko wydaje, że
taka podróż przez czasoprzestrzeń to coś niesamowitego, a w rzeczywistości się
rozczarujemy.
– Nie mów tak. Nie chcę się rozczarować,
nie teraz, gdy to może zmienić całe nasze życie. Kto wie, czy nie będziemy
pierwszymi Ziemianami, którzy postawią stopę na drugim końcu wszechświata. A o
takich przygodach nigdy się nie zapomni – mówiła z zapałem i entuzjazmem Diana.
Dziewczyna miała wrażenie, że Kacper chciał
coś powiedzieć, jednakże po chwili się rozmyślił. Zastanawiała się, co to
takiego mogło być, już chciała o to zapytać i oznajmić twardo, że zniesie każdą
krytykę, chociaż w głębi ducha się jej nie spodziewała, ale chłopak pierwszy
zabrał głos:
– Mogę mieć do ciebie prośbę. – Diana skinęła
głową, a on nieśmiało kontynuował: – Pożyczyłabyś mi pieniądze na bilet. Pada
coraz mocniej, a mam kawałek do przejścia. Jutro ci oddam – zapewnił
pospiesznie.
– Pewnie, nie ma problemu – odpowiedziała z
uśmiechem, jednak momentalnie spoważniała, widząc mijający ich czarny samochód.
– Nie sądzisz, że powinniśmy o wszystkim powiedzieć doktorowi Preisnerowi?
Chyba lepiej, aby wiedział, co znajduje się w kantorku niż skończył jak pani
Kleszczykowska.
– To jest twój plan zdobycia klucza?
– Oczywiście, że nie! – zaprzeczyła Diana.
– Jak się powiedzie, mogę ci powiedzieć, co zrobiłam – oznajmiła, uśmiechając
się od ucha do ucha.
~ * ~
Chciałam dać w zeszłym tygodniu,
ale się nie wyrobiłam. Końcówka semestru daje mi się mocno we znaki i ciągle
jest coś do zrobienia lub do nauki. Z tego też względu myślę, że kolejny
rozdział pojawi się również za trzy tygodnie. Chyba że w przyszłotygodniowy
długi weekend trochę się zmobilizuje, ale nic nie obiecuję
Możliwe, że w wakacje uda
mi się złapać rytm (i zrobić spore zapasy) i publikować regularnie co dwa
tygodnie, może nawet co tydzień, gdy już skończę drugi blog. Ale to chyba ba
razie jedynie marzenia.